Pani Ewa Sosnowska w rolę opiekunki osób starszych w Niemczech wciela się już od 10 lat. Wybór zawodu podyktowany był prozą życia…

Pracowałam w Hucie Szkła Kryształowego w Stroniu Śląskim. Na początku zajmowałam się zdobieniem szkła bezpośrednio na produkcji. Z czasem, małymi kroczkami awansowałam na szefową działu. Niestety nasz zakład ogłosił upadłość. Obydwoje z mężem straciliśmy pracę. Rok przed bankructwem huty mieliśmy poważne problemy finansowe. Huta wypłacała nam pensje w ratach, trójka dzieci była w wieku szkolnym – było nam naprawdę ciężko. Decyzja o wyjeździe kiełkowała we mnie, kiełkowała, aż znalazłam się w sytuacji bez wyjścia. Była to wspólna, rodzinna decyzja, choć dla mnie bardzo trudna. Był to wręcz cios. Zostawiałam rodzinę, dom i jechałam do całkowicie obcych ludzi. Było to o tyle trudne, że praca opiekunki była czymś nowym i w Polsce nieznanym. Zacisnęłam jednak zęby i pojechałam, tym bardziej, że w Kotlinie Kłodzkiej zakłady pracy padały jeden po drugim i nie było szans na znalezienie pracy. Dopiero od niedawna rejon ten zaczął żyć z turystyki, a pensjonaty i hotele powstają jak grzyby po deszczu.

Przed wyjazdem miała Pani jakieś doświadczenie w opiece nad chorymi, seniorami?

Zawsze byłam wolontariuszką Polskiego Czerwonego Krzyża. W PCK ukończyłam dwa kursy na instruktora społecznego. Nie opiekowałam się bezpośrednio chorymi, a organizowałam opiekę i wyjazdy dla dzieci.

Jak wieloma seniorami opiekowała się Pani w ciągu 10 lat?

Myślę, że będzie ich 10. Na początku często zmieniałam miejsce pracy. Sześć lat temu rozpoczęłam trzyletnią opiekę nad panią. Potem trafiłam do rodziny, przy której jestem już trzeci rok. Moim podopiecznym jest pan.
Podopieczny przywiązuje się do swego opiekuna?
Bardzo, naprawdę bardzo. I nie zależy to od stanu zdrowia seniora. My też się przywiązujemy. Są opiekunowie, którzy lubią zmiany i wręcz się ich domagają – ja przeciwnie. Myślę, że wraz z podopiecznym cały czas się docieramy.

Jak zwracają się Państwo do siebie?

Bywa różnie. Właściwie w 90 procentach jest to na ty, imiennie. W rodzinie, w której jestem obecnie zwracamy się do siebie Pan/Pani.

Jaki był/jest stan zdrowia Pani podopiecznych?

Przeważnie, nawet w 80 procentach przypadków są to osoby z demencją – głęboką lub szybko postępującą. Teraz jestem u 75-letniego pana po wypadku, który jest sparaliżowany, ale umysł ma sprawny.

Czy wypracowała sobie Pani jakiś system postępowania z osobą chorującą na zaniki pamięci?

Nie ma jednego rozwiązania. Uczymy się siebie nawzajem. Jedne osoby są bardzo spokojne inne agresywne. Wydaje mi się, że nie ma jakiejś reguły, bo nie da się tej choroby włożyć w ramy określonego postępowania. Początki są z reguły trudne. Miałam podopieczną, z którą przesiadywałam do 3 w nocy, bo bałam się pozostawić ją samą. Po dwóch tygodniach postanowiłam jednak jedynie od czasu do czasu zaglądać i sprawdzać czy wszystko z panią jest w porządku. Jedyna droga to obserwować i uczyć się siebie nawzajem. Jedni chorzy lubią gadatliwe towarzystwo inni cenią sobie ciszę i spokój. Miałam podopieczną, która przesiadywała przed telewizorem i nie można jej było przeszkadzać. Gdy chciałam z dobrego serca odciągnąć ją od telewizora np. na spacer – to wywoływało w niej agresję.

Uczy się Pani kuchni jaką zastaje w danym domu, czy przenosi swoje przepisy do menu podopiecznego?

Jeżeli opiekuję się osobą z demencją – wprowadzam swoje przepisy. Czasami chorzy nie mają już świadomości co jedzą lub nie są w stanie jeść niczego poza zmiksowanymi potrawami. W takim przypadku najważniejsze jest by posiłek był wartościowy i chory go zjadł. Trafiałam też do rodzin, gdzie senior był w pełni świadomy i otwarty na przepisy z Polski, bo słyszał o pierogach, o bigosie, więc był ciekawy naszych smaków. Mieliśmy w firmie jedną panią, którą nazywaliśmy Baronowa i która nie życzyła sobie niczego polskiego. Myślę, że takie osoby zdarzają się bardzo rzadko.

Kim była Baronowa?

To była – niech spoczywa w pokoju, bo już nie żyje – to była niezwykle specyficzna osoba. Była dosłownie jak księżniczka na ziarnku grochu. Wszystko było złe. Woda za mokra, niebo za niebieskie. Cokolwiek by nie zrobiono, cokolwiek by nie powiedziano – była wiecznie niezadowolona. Była po wylewie i miała sparaliżowaną lewą stronę ciała, ale sprawny umysł i mowę. Nie życzyła sobie, by „Polka to…, bo Polka nie ma prawa…”.

Spotkała się Pani z dyskryminacją…

Akurat u niej tak. Zawsze staram się zauważać w człowieku dobre cechy i cieszę się, że szklanka jest do połowy pełna, ale u Baronowej musiałam naprawdę wiele cierpliwie znosić, a przecież też jesteśmy ludźmi i mamy swoje gorsze i słabsze dni. Wiem, że tylko nasza firma wysłała do tej pani aż kilka opiekunek. Po czasie pani mnie zaakceptowała i rodzina wnosiła bym wróciła do pracy, co nie oznaczało, że starsza pani stała się milszą i lepszą w swym postępowaniu. Wręcz przeciwnie – złe traktowanie opiekunki potęgowało się w towarzystwie, podczas gry w golfa czy jazdy konnej, w których seniorka nie mogła uczestniczyć po wylewie. Przez pryzmat choroby starałam się usprawiedliwiać jej zachowanie, zrozumieć i wspierać, ale nie zmieniło to jej nastawienia do mnie – byłam gorszym sortem, klasą robotniczą, z której pani zresztą się wywodziła.

Historia złego traktowania Pani ze strony podopiecznego powtórzyła się jeszcze?

Nie. Trafiałam na bardzo fajnych seniorów. Jestem osobą zdystansowaną i nie lubię się przytulać, ale były momenty bardzo miłe, kiedy podopieczna np. przytulała się do mnie. Rodziny traktują mnie jak członka rodziny i wychodzę z nimi na jubileusze, wesela, kawę, czy do restauracji, a gdy chcę zostać w domu słyszę Ewa absolutnie, ty musisz iść z nami, ty jesteś jak członek rodziny!

Utrzymuje Pani kontakt z rodzinami swoich byłych podopiecznych?

Tak, z dwiema. Między innymi ze szwagrem Baronowej, z którym wymieniamy pozdrowienia i życzenia świąteczne, a także z Helgą, która sprzątała u Baronowej. W obecnej rodzinie, żona podopiecznego jest niezwykle słodką babunią, którą bym tuliła i tuliła. Jest miła, grzeczna i pracowita. To dla mnie bardzo miłe momenty pracy.

Ma Pani możliwość zwiedzania okolic, spędzania aktywnie czasu?

Tak. U Baronowej dwa razy w tygodniu wychodziłyśmy na miasto. Także po godzinie 14.00 miałam dwie godziny przerwy, które spędzałam poza domem. Spacerowałam tylko po to, by nabrać dystansu. W obecnej rodzinie pracuję w systemie: tydzień pracy, tydzień odpoczynku. Mieszkam osobno i mam bardzo wiele czasu do zwiedzania, ale to wioska, więc z reguły jeżdżę na rowerze: rower, pola kukurydzy i ja, rower, pola kukurydzy i ja… co kilometr, dwa pojawia się dom… Można wręcz dostać naturofobii! – śmieje się Pani Ewa. Ale tak naprawdę jest to cudowne, bo lubię bardziej samotność niż szukanie towarzystwa. Nie lubię też zmian, więc pewnie dlatego tak długo zostaję na jednej szteli.

Polscy opiekunowie utrzymują między sobą kontakt?

Tak. Znam kilka fajnych Pań i często rozmawiamy ze sobą, przesyłamy sobie zdjęcia.

A w jaki sposób kontaktuje się Pani z rodziną i przyjaciółmi w Polsce?

Mam laptopa, komórkę, Internet w telefonie. Korzystam z programów Skype i Messenger.

Spotkała się Pani ze stereotypowym postrzeganiem Pani zawodu?

Tak, spotykam się z tym nawet na swoim podwórku. Słyszę np. A bo jeździsz tam i im tyłki myjesz… całkowicie się od tego odcinam. Nie biorę sobie takich uwag do serca, bo każdy sobie rzepkę skrobie. Jeśli ktoś rozmawia ze mną merytorycznie, to podkreślam, że jest to zawód jak każdy inny, a przecież i w Polsce są hospicja i domy opieki. Mam znajomą, która opiekuje się seniorami, ale w polskich domach. Ale przycinków słyszę wiele. Jednak zupełnie nie biorę ich sobie do serca.

Może wynikają one z zazdrości?

Nie staram się nikogo osądzać ale fakt, że powodzi nam się lepiej, bo nie ukrywajmy, że jedziemy do Niemiec za pieniądzem, który wciąż ma inną wartość po przyjeździe do kraju niż złotówka.

Co udało się Pani zrealizować dzięki zarobionym pieniądzom?

Trudne pytanie, bo mam małe potrzeby. Na początku wyszliśmy z długów, a teraz przede wszystkim żyje nam się lepiej i wygodniej. Możemy wyjechać na wczasy, trzydniowego Sylwestra, pomóc dzieciom.

Ale sprawia sobie Pani także typowo kobiece przyjemności?

Ależ oczywiście! Mąż siedzi niedaleko i teraz będzie słuchał…, ale dbam o siebie, o swój wygląd, pójdę do kosmetyczki. Stać nas na to, by kupić sobie coś lepszego. Mogłam założyć polisę na życie i odłożyć trochę pieniędzy. Możemy teraz umilać sobie życie i odstresować się. Proza życia, żadnych samolotów nie kupuję – śmieje się Pani Ewa.

Czy ma Pani hobby, które realizować może Pani i w Polsce i w Niemczech?

Mam książki! Jestem prawdziwym molem książkowym. Mimo, iż w Niemczech mam ze sobą laptopa i dostęp do Internetu, uznaję kartkę w dłoni, którą muszę przewrócić, czytać. Kocham książki. Gdy tylko mam święty spokój leżę i czytam.

Czyta Pani literaturę po polsku, czy również po niemiecku?

Raczej po polsku. Choć w domu, gdzie teraz pracuję jest wiele książek właścicieli i nieraz sięgam po jakąś i czytam kilka stron. Jeśli nie znam znaczenia słów – szukam w słowniku. Wolę jednak polskie książki, po niemiecku nie wyłapałabym chyba jeszcze całkowicie kontekstu, choć jego znajomość jest dosyć płynna.

Jadąc do pracy znała już Pani niemiecki?

Właśnie nie. Naprawdę nie umiałam niemieckiego. Znałam pojedyncze słówka i zmierzenie się z barierą językową było niezwykle trudne. Miałam ciężki orzech do zgryzienia, ale dostałam szansę. Jestem całkowitym samoukiem, jeżeli chodzi o język niemiecki. Dziś słyszę pytania, gdzie się uczyłam, bo tak dobrze mówię.

Była Pani bardzo odważna, jadąc do Niemiec bez znajomości języka?

Chyba tak, choć nie miałam innego wyjścia. Poza tym 10 lat temu opieka nad seniorami była jeszcze w powijakach. Jeździło się głównie na szparagi itp. Czy byłam odważna? Tak, ale nie wiem, czy nie można by tego nazwać także głupotą? Nie wiem, jak patrząc z boku to nazywano. Ale jakoś mi się udało. Już po miesiącu pracy chwalono mnie za postępy i znajomość słów, więc to też mnie bardzo mobilizowało. Uczyłam się oglądając telewizyjnego tasiemca pt. „Sturm der Liebe”, którego oglądam do dnia dzisiejszego.

Jakie cechy powinna mieć opiekunka seniorów?

Trzeba być zdeterminowanym człowiekiem. Walczyć o lepsze jutro dla siebie i rodziny. Śmiało do przodu, z podniesioną głową! Bo jeśli ktoś nie ma optymistycznego spojrzenia na życie, cierpliwości i samozaparcia to odradzałabym ten rodzaj pracy. Nie da się pracować w tym zawodzie mając w sobie żal i agresję. Będzie to wtedy męczarnia – dla opiekuna, jak i podopiecznego.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

OD REDAKCJI:

W firmie CareWork chcielibyśmy opowiedzieć nieco więcej o ludziach, dzięki którym możemy realizować usługi opiekuńcze w Niemczech – o naszych opiekunach.

O tym, jak naprawdę wygląda ta praca, jakie są jej blaski i cienie najlepiej mogą opowiedzieć ci, którzy pracują w Niemczech – nasi opiekunowie. Dlatego chcemy oddać im głos i stąd pomysł na serię wywiadów z opiekunami CareWork.

Mamy nadzieję, że historie naszych opiekunów, ich doświadczenia i przeżycia pomogą osobom, które niedawno zaczęły pracę w opiece albo zainspirują tych, którzy rozważają podjęcie pracy jako opiekun osób starszych w Niemczech.

Zapraszamy do lektury następnych wywiadów, które pojawia się w zakładce „Historie prawdziwe”!

Sprawdź również:
Opieka Niemcy
Praca dla opiekunek w Niemczech
Szukam pracy jako opiekunka