Pani Elżbieta Chudzińska pochodzi z Kaszub. Z rodziną mieszka w Trójmieście. Pewnego dnia, gdy jej dzieci były już dorosłe postanowiła tak jak mąż… wypłynąć. Ciekawość, chęć poprawienia rodzinnej sytuacji finansowej zaowocowały wspaniałymi przyjaźniami i odkryciem swego powołania. Jednej rzeczy nie możemy Państwu w tym wywiadzie przekazać: radosnego, dźwięcznego śmiechu Pani Elżbiety, który niejednokrotnie mogłam usłyszeć podczas długiej nocnej rozmowy…

Rozmawiamy wieczorem, bo niemalże każdy dzień w Polsce spędza Pani z 1,5-rocznym wnukiem Adasiem, który napawa Panią ogromną dumą…

Bardzo długo czekałam na to, by zostać babcią, a w jednym roku urodziły mi się Wnusio i Wnuczka, która mieszka pod Warszawą. Oszalałam na maksa! To dla mnie najważniejsi członkowie rodziny! Z Wnuczkiem mam stały kontakt, bo mieszka niedaleko mnie. To dziś najważniejszy facet w mojej rodzinie. Jestem z niego bardzo dumna, tak pięknie się rozwija. Pewnie nie jestem obiektywna, jak to z babciami zazwyczaj bywa… ale mój Wnusio jest najcudowniejszym dzieckiem na świecie! Gdy się urodził byłam na stelli w Düsseldorfie. Był to dzień, gdy kończyłam swoje zlecenie i przyjechał mój zmiennik. Z okazji tego, że zostałam babcią otrzymałam piękny, duży bukiet z gratulacjami! Zrobiło mi się naprawdę bardzo miło!

Ukochane wnuki, mieszkające w Polsce, nie ułatwiają dziś wyjazdów do Niemiec…

Jest mi ciężko. Na szczęście jest Skype i What’sUp. Mąż łączy się ze mną i śpiewam Wnusiowi ulubioną piosenkę Jedzie pociąg z daleka…

Czy równie trudno było Pani wyjechać do pracy po raz pierwszy 11 lat temu?

Wbrew pozorom nie było to dla mnie takie trudne. Mam trójkę dzieci, z których jestem bardzo dumna, a którymi przez 15 lat zajmowałam się w domu. Moi rodzice mieszkają w Hamburgu. Jeżdżąc do nich autokarem, podczas przerw w podróży, rozmawiałam z innymi pasażerami i tak dowiedziałam się o zawodzie opiekunki osób starszych w Niemczech. Pomyślałam wtedy, że być może powinnam spróbować takiej pracy, bo inaczej coś stracę… I tak sklep z ekskluzywną konfekcją, w którym pracowałam został zamknięty. Zostałam bez zatrudnienia. Miałam więc poczucie pustki, że w moim życiu nic nie dzieje.

Gdy podejmowałam decyzję o wyjeździe najmłodszy syn miał skończone 19 lat, starszy 21, a córka 22 lata. Mąż, który jest marynarzem, przebywał właśnie na morzu. Miałam utrudniony z nim kontakt – wtedy mogliśmy sporadycznie porozmawiać jedynie przez radio. Nie był zachwycony moją decyzją, był wręcz przeciwny. Wtedy jeszcze wyjazd do Niemiec mógł oznaczać opuszczenie Polski na stałe. Postanowiłam jednak odpowiedzieć na ogłoszenie i pojechać do Niemiec, bo wiedziałam, że poprawi to naszą sytuację finansową. Mąż jako marynarz nie pływał przez cały rok, więc w miesiącach, w których nie miał kontraktu, nie było nam łatwo.

Jak wspomina Pani pierwsze zlecenie?

Wiadomo, że na początku trzeba zapłacić tzw. frycowe. Nie inaczej było w moim wypadku. Opiekowałam się straszy panem, który mieszkał z przesympatyczną, ale niestety bardzo chytrą żoną. Dostawałam tak małe racje żywnościowe, że dzięki nim schudłam 20 kilogramów. Starsza pani była dodatkowo pedantką i to do tego stopnia, że nie odwiedzały jej wnuki. Podczas ich wcześniejszych wizyt starsza pani biegała bowiem za nimi i wycierała każdy przedmiot, który wzięły w ręce.

Oczekiwania tej niemieckiej gospodyni były tak wygórowane, że nie byłam w stanie im sprostać. Czara goryczy przelała się, gdy przyszło mi pozmywać naczynia. Okazało się, że starsza pani preferuje inną, od znanej mi, kolejność mycia naczyń (szklanki przegrały ze sztućcami). Rozryczałam się, babcia zaczęła mnie przepraszać i też się popłakała, a scenę zobaczył syn seniorki. Proszę wyobrazić sobie jego minę… I tu muszę podkreślić, że firma zachowała się profesjonalnie i rozwiązała z rodziną umowę.

Czy znała Pani język niemiecki?

Tak.

Czy przed wyjazdem miała Pani doświadczenie w opiece nad seniorami?

Nie przechodziłam żadnych kursów. Cała moja wiedza wynika z kilkunastoletniej praktyki. Moim mottem jest: postępuj z ludźmi tak, jakbyś chciała by oni z tobą postępowali.

Jak długo pracuje Pani w zawodzie opiekunki?

Osobami starszymi w Niemczech opiekuje się od ponad 11 lat. Osiem lat spędziłam w jednej rodzinie.

To chyba rekord!

Początki były bardzo trudne. Opiekowałam się małżeństwem. Starsza pani – Małgorzata, była bardzo zazdrosna o swojego męża. Po tygodniu wykonałam telefon do firmy, że chyba nie wytrzymam w tym miejscu. Nasz kontrakt przewiduje możliwość rezygnacji ze zlecenia do 6 dni. Takie samo prawo ma także rodzina i podopieczny. Dałam jednak sobie trochę czasu.

Czy starszy pan dawał żonie powody do zazdrości?

Nie. Był jednak strasznym gadułą. Zazdrość babci była jednak tak duża, że jak tylko kończyliśmy obiad wysyłała mnie, niezależnie od pogody, na spacer albo wycieczkę rowerową. Sugerowała też bym za szybko nie wracała, najlepiej wieczorem. Siłą rzeczy miałam więc dużo wolnego czasu. Niejednokrotnie spędzałam popołudnia robiąc coś w ogrodzie. Po dwóch latach starszy dziadek zmarł. Od tego czasu opiekowałam się babcią, która chorowała na Alzheimera, ale w łagodnej postaci. Była nieagresywna i bardzo wdzięczna.

Osiem lat sprawiło, że w Grevenbroich miałam swoje drugie życie. Miałam do dyspozycji samochód, którym mogłam odwiedzać koleżanki, chodziłam na zajęcia jogi, korzystałam z sauny. Babcia zmarła niespełna rok temu. Była to dla mnie prawdziwa tragedia. Bardzo się do niej przywiązałam. Czułam się jak po starcie kogoś bardzo bliskiego, kogoś z rodziny. Straciłam w swoim życiu bardzo dobrego człowieka, miejsce pracy i stabilizację, bo w Polsce miałam rodzinę, a tam przyjaciół – siostrę babci i jeszcze dwie super koleżanki. I właśnie one odwiedzają mnie w każdej ze stelli, do której trafiłam potem. Były w odległym o 200 km Paderborn, w niedalekim Würzburg i oddalonym o 300 km Gütersloh. Z kolei miesiąc temu przyjechały na tydzień do Polski. Pokazałam im Trójmiasto. Mam trzy wspaniałe przyjaciółki i będę się starała by ta przyjaźń trwała.

Jak należy sprawować opiekę nad chorym z Alzheimerem?

Nie wiemy na razie jak widzi świat, odczuwa osoba dotknięta tą chorobą…

Kiedy jej umysł staje się jasny…

Właśnie tak. Momenty normalnego funkcjonowania są nie do przewidzenia. Oczywiście, że nie dyskutuje się z chorą osobą, gdy widzimy, że z uporem trwa przy swoim. Wtedy lepiej zmienić temat, odpuścić.

Pamiętam jednak jak w szóstym, czy siódmym roku mojego pobytu babcia zaskoczyła mnie i swoją trenerkę aerobiku. Pani od gimnastyki stwierdziła bowiem, że poprzednim razem szło naszej seniorce lepiej. Na co babcia odpowiedziała: zeszłym razem to ja byłam młodsza! W ostatnim roku moją babcię najbardziej uspokajała gra w balona. Były to całe godziny odbijania. Wyćwiczyła się w tym także rodzina, która podczas odwiedzin wypijała kawę, zjadała ciastko, po czym wszyscy przystępowaliśmy do gry. Po śmierci babci jej ostatni balon – różowy, jeszcze długo leżał na lodówce. I co ciekawe… o ile z poprzednich szybko ulatywało powietrze, ten trzymał się świetnie…

Starsza Pani była bardzo sprawna fizycznie?

Pod koniec życia poruszała się już na wózku, ale ręce, dłonie miała bardzo sprawne.

Jak Panie się do siebie zwracały?

Od początku używałam sformułowania Pani Krymer. Z kolei babcia przez całe osiem lat nigdy nie zwróciła się do mnie Ela. Wołała najczęściej Hallo, czasami używała zwrotu Sie (Pani), bardzo rzadko powiedziała Ty. Do każdego z moich podopiecznych zwracam się per Pan/Pani, chyba, że życzą sobie, by mówić do nich po imieniu.

Co było dla Pani szczególnie trudne podczas opieki nad osobą cierpiącą na chorobę Alzheimera?

Pani Krymer pod koniec życia coraz mniej rozumiała np. z przekazów telewizyjnych. Niejednokrotnie oglądając z nią jakiś program słyszałam pytanie Czy ty coś z tego rozumiesz? W tym pytaniu była nadzieja, że moja odpowiedź będzie przecząca. Moje Nie, ja też nie wiem, co oni tam opowiadają działało na nią kojąco. Stawała się spokojniejsza. Często mówiła Ale jestem stara…. wtedy odpowiadałam jej, że tak może będzie, gdy skończy Pani 100 lat, teraz jest Pani jedynie troszeczkę starsza.

Może Pani opisać jeszcze jakiś konkretny problem związany z Alzheimerem i to, jak został on rozwiązany?

Po śmierci dziadka, babcia bardzo często go wołała. Zdarzało się, że postanawiała szukać go w ogrodzie, gdzie często pracował i lubił przesiadywać. Sprawa komplikowała się, gdy robiło się ciemno. Pewnego dnia odmówiłam uczestnictwa w poszukiwaniach i powiedziałam, że dziadka już z nami nie ma. Babcia wyszła jednak z domu, przeszła kilka kroków i zatrzymała się w ogrodzie. Stała tak bardzo długo. Po powrocie przyznała, że dziadka nie ma, ale była na mnie obrażona.

Co jest największym wyzwaniem i trudnością w Pani pracy?

Przeszkadza mi brak wolności. Takiej jakiej doświadczamy w swoim domu. Zdarza się też, że nikt z rodziny nie może zająć się seniorem i wtedy przepada mi tzw. wolny czas. Ale godzę się na to, gdy relacje z podopiecznym, czy rodziną są bardzo dobre. Psychiczny komfort pracy, odpowiednia atmosfera są dla mnie najważniejsze, ważniejsze niż ścisłe trzymanie się wyznaczonych godzin. Co nie oznacza, że nie potrafię zawalczyć o swoje prawa.

Nigdy nie przytrafiło mi się, by podopieczny przy mnie zmarł. Aczkolwiek kiedyś opiekowałam się dziadkiem – niezwykłym, eleganckim dżentelmenem, noszącym zawsze fular, by zakryć widoczne na szyi zmarszczki i zamieszkującym w przepięknym mieście Lubeka – dostał przy mnie zawału. Niestety zmarł w szpitalu.

Jak spędza Pani swój wolny czas?

Staram się jak najwięcej zobaczyć. Jeśli mam do dyspozycji auto – korzystam z niego, jeśli nie – jeżdżę pociągami. W rodzinie Pani Krymer jeździliśmy co roku na Jarmarki Bożonarodzeniowe do Kolonii.

Jakie były najbardziej radosne momenty w Pani pracy?

Wrócę do pobytu w Grevenbroich. W drugim dniu mojej pracy, siostra babci zaprowadziła mnie do Polek, które pracowały w tej samej miejscowości.

By Panie się poznały?

Tak, żebym nie czuła się samotna. Nigdy w życiu jej tego nie zapomnę. Gdy człowiek trafia w nowe miejsce, gdzie nikogo i niczego nie zna, to taki pełen troski gest sprawia, że od razu nam lepiej! To wspaniałe uczucie, gdy ktoś bezinteresownie o tobie pomyśli. Do dziś pamiętam wieczory w pierwszej stelli, kiedy nie wiedziałam, jak się odnaleźć i nawet duże ilości książek nie były w stanie zapełnić pustki. Czułam się bardzo samotna.

Jacy byli Pani pozostali podopieczni?

Opiekowałam się niedawno małżonkami, którzy skończyli 90 lat i byli sprawni. Często powtarzałam im, że mają wiele szczęścia, że dożyli w dwójkę tak pięknego wieku, do tego w dobrym zdrowiu. Pani jest jednak specyficzną gospodynią: zdaje się na gotowce, głównie z puszek. To właśnie w tej stelli dowiedziałam się ile gramów makaronu zjadam. Dlaczego? Bo pani domu przygotowując posiłki zawsze wszystko dokładnie waży. I tak przed pierwszym posiłkiem musiałam zadeklarować, ile gramów danego produktu zjem na obiad. Niestety nigdy nie sprostałam wymaganiom takim jak ugotowanie makaronu, czy ryżu – zawsze były bądź rozgotowane bądź za twarde. Na talerze też nakładałam nieodpowiednie ilości potraw. Na szczęście starsze państwo miało córkę, która doskonale mnie rozumiała.

Czyli jest ziarno prawdy w tym, że Niemcy są niezwykle dokładni, precyzyjni do znudzenia

O tak! Np. przez osiem lat, w każdą sobotę podawano zupę. W każdą niedzielę bardzo odświętny obiad. Zakupy robiono tylko w środę… na początku było to dla mnie przedziwne, tym bardziej, że jestem bardzo spontaniczna. Ale to poukładane życie zaczęło mi się podobać. Podziwiam ich za to. Do dziś jest to dla mnie zdumiewające, że na początku roku Niemcy planują dni wolne i wyjazdy wakacyjne na wszystkie 12 miesięcy. I udaje im się te plany zrealizować! Mnie zawsze coś nie wyjdzie! Ich powtarzalność jest gwarancją spokoju. Kiedyś uważałam Niemców za „sztywniaków”. Później niejednokrotnie mogłam przyglądać się, jak się bawią: całymi rodzinami, popijając piwo i rozmawiając bez końca. Widać też, że z pokolenia na pokolenie przekazują sobie tradycję, czasami zawód…

Czy w Niemczech żyje się lepiej?

Starszym ludziom na pewno. Mają o wiele lepszą opiekę niż seniorzy w Polsce. Ale moje pokolenie musi tak samo ciężko pracować, jak my. W Niemczech też widać biednych ludzi.

Czy pracę opiekunki traktuje Pani jako powołanie?

Tak. Naprawdę kocham to, co robię, choć czasami jest naprawdę bardzo trudno. Mam czasami wrażenie, że daję z siebie za dużo, za mocno się angażuję – przede wszystkim emocjonalnie. Robię to na 100 procent. W efekcie podczas pobytu w Polsce zamartwiam się, czy z moją podopieczną na pewno wszystko w porządku.

Czy zawód opiekuna osób starszych ma w Polsce rację bytu?

Myślę, że bardzo. Ludzie dobrze sytuowani w Polsce już dziś zatrudniają opiekunki z… Ukrainy. Nasze społeczeństwo coraz lepiej zarabia, więc i popyt na tego typu usługi będzie większy. Dodatkowo kobiety chcą pracować do emerytury, a to oznacza, że w zdecydowanej większości rodzin zabraknie osoby do opieki nad seniorem rodu. Myślę, że w przyszłości ten zawód będzie w Polsce popularny.

Udało się Pani zrealizować jakieś marzenia dzięki zarobionym w Niemczech pieniądzom?

Kocham podróże. Najbardziej chciałabym zarobić i od razu gdzieś wyjechać. Niestety nie zawsze jest to możliwe. Dzięki zarobkom męża i moim kupiliśmy sobie lepszy samochód. Kilka razy odwiedziliśmy południe Europy: Włochy, Hiszpanię, Grecję. Mam nadzieję, że jeszcze trochę świata zobaczę.

A coś tylko dla Pani?

Doszłam do wniosku, że w Niemczech spędzam tyle czasu, że dziś nie żałuję wydanych na siebie pieniędzy. Dziś stawiam się na pierwszym miejscu… no na drugim, bo przecież Adaś, mój Wnuk oczywiście zajmuje to najwyższe! Ale pozwalam sobie w Niemczech na przyjemności: idę do sauny, na kawę, na obiad, na pizzę, kupuję ubrania. Upatruję coś w sklepie. Przyglądam się tej rzeczy dwa, trzy dni, analizuję, a potem kupuję. Za namową córki kupiłam kilka par butów i nie chodzę, jak w czasach komuny, w czarnych do wszystkiego. Co prawda nie mam jeszcze 42 par jak córa, ale… człowiek się zmienia. Bardzo wiele nauczyłam się od mojej córki, która ciągnie mnie w górę. Byłyśmy ostatnio na tanecznym weekendzie.

To Pani pasja, talent?

Uwielbiam tańczyć. Córka zresztą też. Chodzę na tańce. Staram się zrobić dla siebie jak najwięcej, bo jak nie teraz to kiedy? Mając kontakt ze starszymi osobami, człowiek coraz więcej myśli o starości, o tym jak może ona przebiegać. Moja pierwsza podopieczna wielokrotnie mówiła mi, że całe życie wraz z mężem bardzo oszczędzali, by móc na emeryturze podróżować. Mąż jednak rozchorował się i spędził starość przykuty do wózka inwalidzkiego i łóżka. Dało mi to bardzo do myślenia. Wiem, że niektórych rzeczy nie należy odkładać.

A wracając do talentów: potrafię bardzo szybko nawiązywać z ludźmi kontakt.

Pani największym sukcesem jest/są…

Dzieci oraz 36 letni staż małżeński. Cieszę się też, że podjęłam w odpowiednim momencie dobrą decyzję co do pracy w Niemczech, że się odważyłam. Moim marzeniem, zawsze, od dziecka było, by zostać pielęgniarką. Jednak za czasów komuny wokół tego zawodu narosło tyle złych skojarzeń, że za namową podjęłam naukę w szkole ekonomicznej. Pracowałam w biurze, ale praca ta nie dawała mi satysfakcji.

Czy, gdyby mogła Pani cofnąć czas, ponownie zdecydowałaby się Pani podjąć pracę opiekunki?

Tak, ale na pewno kształciłabym się w tym kierunku, brała udział w specjalistycznych kursach. Dałoby mi to nie tylko satysfakcję, ale też możliwość przedstawienia dyplomu, potwierdzającego moje kwalifikacje.

Poleciłaby Pani takie rozwiązanie osobom, które planują zostać opiekunem osób starszych?

Z całą pewnością. W Niemczech takie dokumenty są bardzo mile widziane, a i rodzina zupełnie inaczej, z większym zaufaniem, oddaje w ręce takiej osoby seniora.

Przebyty specjalistyczny kurs, znajomość języka niemieckiego, a do tego odpowiednie cechy charakteru. Jaki powinien być opiekun seniora?

Cierpliwy. Trzeba też mieć serce na odpowiednim miejscu. Trzeba być empatycznym, współczującym.

Kto zdecydowanie nie powinien podejmować tej pracy?

Osoby mające problem z alkoholem, patrzące jedynie na zarobki, egoistyczne.

Czy planuje Pani dalej pracować w opiece w Niemczech?

Mówię często, że pracować mogę bardzo długo. A na pewno tak długo, jak pozwoli mi na to moje zdrowie. No i jak będą mnie jeszcze chcieli…. ale przyznam, że wszędzie, gdzie kończyłam swój kontrakt, zawsze ze strony rodziny podopiecznego padało pytanie Czy wrócisz?

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Od redakcji:

Grupa CareWork w tym roku obchodzi jubileusz 10 lat działalności na rynku. Z tej okazji chcielibyśmy opowiedzieć nieco więcej o ludziach, dzięki którym możemy realizować usługi opiekuńcze w Niemczech – o naszych opiekunach.

O tym, jak naprawdę wygląda ta praca, jakie są jej blaski i cienie najlepiej mogą opowiedzieć ci, którzy pracują w Niemczech – nasi opiekunowie. Dlatego chcemy oddać im głos i stąd pomysł na serię wywiadów z opiekunami CareWork.

Mamy nadzieję, że historie naszych opiekunów, ich doświadczenia i przeżycia pomogą osobom, które niedawno zaczęły pracę w opiece albo zainspirują tych, którzy rozważają podjęcie pracy jako opiekun osób starszych w Niemczech.

Zapraszamy do lektury następnych wywiadów, które pojawia się w zakładce „Historie prawdziwe”!