Pani Agnieszka Ferdynus z Opola zajmuje się podopiecznymi planując dokładnie dzień, z należytą starannością, dbając o nich, tak by jak mówi móc spokojnie spać i mieć krystalicznie czyste sumienie. Takie motto przyświeca jej od 14 lat pracy dla firmy CareWork.

14 lat to szmat czasu…

Jak tylko firma powstała, a pierwotnie biuro było w Strzelcach Opolskich, gdzie było mi łatwo dotrzeć – wystartowałam.

Pochodzi Pani z Opola, które to miasto mentalnie kojarzy nam się z Niemcami. Na Opolszczyźnie nie jest rzadkością umieszczanie dwujęzycznych – polko-niemieckich nazw miejscowości…

Urodziłam się pod Warszawą. Kiedy chodziłam do szkoły średniej miałam w swojej klasie o profilu biologiczno-chemicznym język niemiecki.

Czyli moje pytanie, czy miała Pani przygotowanie językowe jest zbędne.

Dokładnie. Uczyłam się w szkole języka niemieckiego. Miałam dobre stopnie. „Po co mi ten niemiecki?” – zastanawiałam się. Musiałam czekać 25 lat, aby się uaktywnił. Po maturze przyjechałam na Śląsk Opolski i podjęłam pracę w dużym zakładzie. Nie miałam wyuczonego zawodu. Przez 20 lat pracy nauczyłam się bardzo dużo. Moja osobowość była podłożem do zajmowania stanowisk samodzielnych i odpowiedzialnych materialnie. Byłam Koordynatorem d/s przyrządów pomiarowych, Magazynierem, Kierownikiem Magazynów, Kierownikiem Centrum Handlowo-Usługowego i na koniec współpraca z Syndykiem. W wyniku transformacji gospodarczej, z 5 tys. pracowników zostało 100. Pracowałam w tym zakładzie do końca, by potem płynnie przejść do firmy niemieckiej. Tam od razu objęłam stanowisko Kierownik Administracyjno-Handlowy. Znów objęłam wielomilionową odpowiedzialność materialną, doszła mi bankowość, logistyka, sprawy księgowe. Umiałam wszystko. W firmie niemieckiej pracowałam 5 lat. Wiceprezes firmy był polskojęzyczny. Nie musiałam mówić po niemiecku.

Co sprawiło, że zdecydowała się Pani na opiekę nad osobami starszymi w Niemczech?

Kiedy pracowałam przez pięć lat w niemieckiej firmie miałam cały czas ogromną, ogromną materialną odpowiedzialność i pod koniec mojej pracy czułam totalne zmęczenie umysłowe. Można powiedzieć, że byłam wyeksploatowana. Dziś mówi się ładnie wypalenie zawodowe. Chodziłam po pięknym biurze, za oknem świeciło słońce, a ja byłam zła, że pracuję do godziny 17.00 i ciągle liczę cudze pieniądze.  Przyszedł taki moment, gdy mój organizm powiedział DOŚĆ. No i odeszłam z tej firmy.

Jeśli chodzi o zakres godzinowy praca opiekunki jest równie absorbująca. Czasami trwa 24 godziny na dobę, gdy podopieczny jest ciężko chory…

Kiedy straciłam pracę byłam przestraszona, że nie będę miała na chleb. To był taki strach, że byłam bliska omdlenia, gdy o tym myślałam. Przez blisko pół roku byłam na chorobowym i zastanawiałam się co dalej. W międzyczasie wyrobiłam sobie paszport, choć nie wiedziałam po co i dlaczego. Po pół roku pojechałam do pracy do Szwecji. Był to wyjazd turystyczno-zarobkowy. W szwedzkich lasach zbierałam jagody. Chciałam, żeby mój umysł odpoczął od odpowiedzialności, jaką dzierżyłam przez 25 lat. W Szwecji spędziłam 5 tygodni. Praca była ciężka, ale widoki piękne, super atmosfera, niesamowite przeżycia. Tam zrodziła się w mojej głowie myśl, że mogę jeździć do zbiorów, na truskawki, jagody, zarabiać, a potem zwiedzać. Kiedy wróciłam do Polski zarobione pieniądze szybko się skończyły, więc wymyśliłam, że pojadę do Włoch, jako opiekunka.

Skąd zrodził się pomysł na pracę opiekunki? Czy miała Pani doświadczenie w tej dziedzinie? Czy była to potrzeba nie tylko zarabiania, ale i pomagania?

W środowisku, w którym się obracałam rozmawialiśmy o różnych ofertach pracy i słyszałam dość ciekawe opowieści na temat pracy opiekunek, więc ten temat mnie zainteresował. Właściwie już w dzieciństwie miałam styczność z dziećmi niepełnosprawnymi. Moja siostra pokazała mi niesamowity ośrodek w Krzyżanowicach koło Raciborza, gdzie przebywają niepełnosprawne dorosłe już dzieci. A że jestem osobą dość współczującą, było mi ich zawsze żal, bo przecież każdy człowiek ma swoją wartość. Nie tylko zdrowy, ale w szczególności ten słabszy. Stąd wystartowałam w kierunku opieki.

Miała Pani pomysł na wyjazd do Włoch, ale padło ostatecznie na Niemcy…

Jestem dość ostrożną osobą, więc zanim podjęłam decyzję poczytałam sobie o mentalności Włochów, spotkałam się z kilkoma z nich i zrobiłam mały wywiad. Przyznali, że w ich kraju jest wiele pracy, ale zapytali kto za nią mi zapłaci. Usłyszałam także, że jestem dobrze utrzymana, ale gdybym miała 25 lat… także rozmowy i wiadomości, jakie znalazłam w gazetach były dla mnie ogromnym ostrzeżeniem, że wyjazd do Włoch może skończyć się pobytem na ulicy i kąpielą w fontannie. Trafiłam w tym czasie na „Tygodnik Krapkowicki”, w którym znajdowało się ogłoszenie, że rodzina polsko-niemiecka szuka opiekunki. Zadzwoniłam. Dogadaliśmy się bardzo szybko i w ciągu tygodnia wyjechałam do pracy. Na miejscu uświadomiłam sobie, że mimo 4 lat nauki niemieckiego przerwa w jego używaniu była tak wielka – ponad 20 lat, że na miejscu musiałam na nowo uczyć się niemieckiego, przypominać sobie słowa, zwroty. Pomagały mi w tym kasety i inne pomoce.

Jak wspomina Pani swoją pierwszą pracę w Niemczech? Czy opieka nad seniorem była trudna?

Miałam 92-letnią panią, która była po zwichnięciu biodra. W pierwszym etapie była osobą leżącą, ale rodzina mną kierowała i w końcu pani odzyskała swoje siły, zaczęła wstawać i poruszać się. Był to efekt długich, wykonywanych z nią ćwiczeń. Pilnowałam by nie siedziała, by pokonywała wyznaczone trasy. W końcówce mojego pobytu pani bardzo ładnie już chodziła. Mną kierowała jednak cały czas rodzina, która wiedziała, że nie posiadam ekstra doświadczenia w opiece nad chorymi seniorami. Dbałam by pani dobrze się odżywiała, dbałam o nią najlepiej jak potrafiłam.

Serwowała Pani polskie czy niemieckie dania?

W tamtym domu mogłam gotować to, co uważałam za dobre.

Czy to oznacza, że w przypadku innych podopiecznych miała Pani narzucane przez rodzinę menu?

Przez 14 lat miała szczęście. Zdarzały się oczywiście przypadki, że musiałam gotować pod dyktando, ale w takich rodzinach byłam wtedy tylko raz i nie wracałam w to miejsce. Preferuję w kuchni wolność i swobodę i bardzo się cieszę, jeśli trafiam na rodzinę, gdzie cokolwiek ugotuję, cokolwiek przygotuję jest zjadane z radością i ze smakiem. Bo jeśli stoję już przy kuchni to staram się i łatwo mi wychodzi bardzo smaczne, różnorodne jedzenie, oczywiście z uwzględnieniem diety starszych osób.

Sięga Pani po przepisy polskie czy niemieckie?

Wymyślam je sama. Zdarza się, że mój przepis wędruje potem po niemieckich rodzinach.

Który z nich jest zatem najpopularniejszy?

Na przykład sadzone jajko. Nie wbijam go jednak na patelnie z olejem, tylko robię podkład warzywny: papryka, pomidor, cebula, por są podsmażane, przyprawiane i dopiero na nie wbijam jajka. I to są moje sadzone jajka.

Pyszne.

Przez trzy lata pracowałam w Würzburgu u pewnego pana, który był doktorem prawa. Opiekowałam się jego żoną. Moje sadzone jajka były serwowane ich gościom. Moje mielone nie są zwykłe, suche, ale mają w środku mnóstwo ciekawych dodatków.

Wracając do Würzburga…  to przepiękne miasto.

Cudowne! Opiekowałam się panią, której mąż był sprawny i bardzo zajęty. I muszę tu przyznać, że choć gotuję wg swojej wyobraźni, to tam robiliśmy dziczyznę według ich przepisu. Bo mąż podopiecznej był także zapalonym myśliwym. Wstawał o czwartej nad ranem i ruszał w swój rewir, gdzie miał swoją wieżę. Od czasu do czasu udawało mu się upolować albo jakiegoś jelonka, albo sarenkę, albo dzika. Wtedy przywoził zwierzę, były robione zdjęcia, po czym wiózł je do masarni, gdzie mięso było rozbierane i porcjowane. Po powrocie do domu mięso trafiało do zamrażalnika, a od czasu do czasu robiliśmy ekstra dziczyznę.

Czy udało się Pani wiele zwiedzić podczas tego pobytu?

Mąż mojej podopiecznej bardzo o nią dbał. Często robiliśmy wycieczki czy wypady do restauracji na ekstra obiad. Miałam więc okazję zwiedzić calutką okolicę. Zdarzały się takie piękne okresy jak lato, kiedy robiliśmy pikniki. To był piękny czas. Mam cały album zdjęć z tego wyjazdu.

Czy pozostałe lata pracy w Niemczech były równie owocne, przyjazne? Czy zawsze miała Pani szczęście trafić do dobrej rodziny i podopiecznego?

W sumie pracowałam u ok. 22 rodzin w różnych zakątkach Niemiec. Najbardziej odpowiada mi mentalność ludzi z południowych Niemiec. Ale generalnie wszędzie byłam pozytywnie postrzegana. Zawsze jestem sobą, nie mam historycznych uprzedzeń. Darzę ludzi szacunkiem, ale dla siebie też go wymagam. Opieka nad starszymi ma swój prestiż i jest też odpowiedzialną pracą. Odpowiadamy za życie naszych pacjentów w różnym stanie zdrowia i wieku, których powierzają nam rodziny niemieckie.

Czy były miejsca, do których nie chciała Pani wracać?

Zdarzyła mi się sytuacja, że wyjechałam do rodziny w miejscowości Rotenburg, gdzie spędziłam dosłownie tylko cztery dni. Już po wyjściu z autokaru, który przywiózł mnie z Polski, nie spodobała mi się sama miejscowość. Po przekroczeniu progu domu rodziny, gdy tylko spojrzałyśmy na siebie z podopieczną, to już nie zaiskrzyło… Ja byłam spięta, bo odczuwałam przymus zarobienia pieniędzy, a starsza pani była wdową po policjancie. Patrzała na mnie groźnie i groziła mi palcem, a potem zaczęła mnie ustawiać. Po dwóch dniach pobytu cały czas nie wiedziałam, jaki jest zakres moich obowiązków. Okazało się, że byłam już drugą opiekunką, której rodzina podopiecznej nie przekazała zadań, bo nie miała świadomości, jaka jest tak naprawdę rola opiekunki. Wytworzyła się między nami bardzo stresująca sytuacja. Zadzwoniłam z płaczem do biura i poprosiłam by mnie natychmiast stamtąd zabrali.

 Czy w takich sytuacjach można liczyć na pomoc firmy CareWork?

Tak. Będąc w głębokim stresie wiedziałam, że nie odnajdę się w tej rodzinie i nie wypracujemy porozumienia. Biuro zaproponowało mi pozostanie na dwa tygodnie, bo być może sytuacja wyklarowałby się, ale uprałam się, że wracam, bo inaczej wyląduję w szpitalu. Biuro bardzo szybciutko zorganizowało przejazd do innego miejsca. Zanim jednak wyjechałam powiedziałam starszej pani i jej córce, a mój zasób językowy był już na tyle dobry, że pozwolił mi na to, a więc powiedziałam, jaka jest według umowy moja rola, jaka rodziny i podopiecznego. Tłumaczyłam, że musimy mieć spokojne miejsce pracy, a jeśli opiekunka umie jasno i klarownie wyrażać swoje myśli, to nie wolno im nas bezpodstawnie stresować. Musimy mieć określony plan dnia i tego planu się trzymać. Nie może podopieczny i jego rodzina wyżywać się na opiekunie tylko i wyłącznie dlatego, że płaci mu pensję.

Co stanowi największe wyzwanie w Państwa pracy? Ustalenie harmonogramu dnia i wypełnianie go, czy może choroba podopiecznego?

Odpowiada mi najbardziej forma, kiedy jest plan dnia. O tej i o tej wstajemy, jemy, ćwiczymy, o tej godzinie mam czas wolny. Oczywiście taki harmonogram zakłada widełki, ale niewielkie. Oczywiście, że są sytuacje, gdy są odwiedziny podopiecznego, ale generalnie każdy dzień jest zaplanowany. Wiem wtedy, gdzie jest moje miejsce, jak rozplanować swoją pracę, czy to są zakupy, czy gotowanie, czy sprzątanie, pranie.

Czy opiekowała się Pani bardzo chorymi osobami? Np. z demencją, z chorobą Alzheimera?

Przyjeżdżając na miejsce pracy zapoznaję się z dokumentacją zdrowotną podopiecznego, ale traktuję ich zawsze jak osoby zdrowe. Gdy osoba z demencją zapomina, powtarza – pozwalam jej na to, bo wiem, że w tym momencie jej umysł uciekł. Jeśli osobie chorej nie mówi się o chorobie, nie przypomina się o tym fakcie, traktuje się ją normalnie, po ludzku – ona nie stresuje się i choroba się nie pogłębia.

Najbardziej stresująca sytuacja z jaką musiała się Pani zmierzyć…

Miała miejsce w Mömbris. Opiekowałam się bardzo chorym małżeństwem. Pani cierpiała na chorobę afektywną dwubiegunową – jej emocje były na zmianę pełne radości albo smutku. Pan z kolei, o czym nikt mi nie powiedział – cierpiał na Alzheimera. Traktowałam podopiecznego normalnie i dopiero po miesiącu zauważyłam jego chorobę. Rodzina była również bardzo zdziwiona. Moja zmienniczka przekazując mi opiekę nad małżeństwem poinstruowała mnie, że pan lubi w nocy chodzić po domu i zanieczyszcza podłogi, które rano muszę posprzątać. Podeszłam więc do seniora i bardzo, bardzo spokojnie wytłumaczyłam mu by tak nie robił. Rano okazało się, że nie muszę latać z mopem, a starszy pan spokojnie przesypiał noce. Chodził jedynie za mną i mówił Ty jesteś dobra kobieta, dobra.

Seniorzy to jednak ludzie, którzy mają takie same uczucia jak dzieci, młodzi i dojrzali. Starsza pani zaczęła być zazdrosna o mnie i zaczęła męża na mnie podpuszczać. Miałam bardzo trudną sytuację. Przygotowywałam obiad i obierałam ziemniaki i nagle przyszedł pan i zaczął na mnie wrzeszczeć co ja robię w jego kuchni!? Mam się wynosić! Złapał mnie mocno za ramiona i chciał mnie wyrzucić. Zużyłam wtedy bardzo dużo swojej siły, żeby się uwolnić z jego uścisku i żeby nie walnął mną o ścianę. Na podłodze została głęboka rysa z obuwia, które miałam założone, a ekstremalny wysiłek, którego dokonałam kosztował mnie nadwyrężenie wiązadeł brzusznych i inne komplikacje zdrowotne. Dziś jestem pięć lat po operacji. Z rodziną tą byłam do samego końca, kiedy to rodzina zadecydowała, że rodzice zostaną umieszczeni w domu opieki.

Jak układały się Pani relacje z rodzinami podopiecznych?

Generalnie przez 14 lat odwiedziłam sporo tych rodzin i 80 procent z nich było wdzięczne za moją pracę. W pozostałych przypadkach odniosłam wrażenie, że byłam, bo nie mieli wyjścia, ale żebym była ekstraponiżana to nie. Może moim ratunkiem jest dobra znajomość języka niemieckiego i mam na tyle odwagi, że jak mi się coś nie podobało to o tym mówiłam. Najwyżej byłam w danej rodzinie tylko raz.

Jakie plany zrealizowała Pani dzięki pracy w Niemczech?

Bardzo dużo. Syn skończył studia, założył rodzinę, a ja bardzo intensywnie mu pomagałam. Kupiłam mieszkanie. Poza tym troszkę pojeździłam.

A drobne, kobiece przyjemności?

Gdy pracowałam w Würzburgu to marzyłam o zielonych spodniach. Kupiłam wtedy aż dwie pary. Od tego momentu mam już wszystkie kolory spodni. Marzyłam o kurtce ramonesce ze skóry – w tej chwili mam dwie. Wszystkie marzenia spełniam.

A jakie czeka jeszcze na zrealizowanie?

Muszę wyremontować mieszkanie. Chciałabym kupić samochód. Marzy mi się piesek, ale zafunduję go sobie, jak będę już na emeryturze.

Zamierza Pani jeszcze długo pracować?

Dopóki będę miała siłę, będę jeździć. Nawet na emeryturze, choć pewnie już nie tak intensywnie. Człowiek jest przecież stworzony do tego, by pracować, a mam naprawdę ogromną satysfakcję, gdy czuję wdzięczność moich podopiecznych. Od dwóch lat jeżdżę do Endingen. Gdy przyjechałam tam po raz pierwszy przeczytałam pismo dotyczące mojej podopiecznej, że ma odstawione już wszystkie lekarstwa i jeśli będzie się z nią cokolwiek działo to nie zostanie poddana hospitalizacji, jeśli będzie odchodzić to nie należy jej przeszkadzać. Takie oświadczenia są bardzo popularne w Niemczech.

Pomyślałam sobie nie po to jechałam ponad tysiąc kilometrów, żeby po tygodniu zjeżdżać do domu. Rodzina podopiecznej, podobnie jak ja, jest bardzo wierząca. Powiedziałam jej, że rozumiem, że pani jest bardzo wiekowa – miała wtedy 97 lat, ale ja będę robić swoje zadania najlepiej jak potrafię, a reszta należy do Pana Boga. I stał się chyba cud, bo jak zastałam babcię kaszlącą i słabiuteńką, tak kaszel jej ustąpił po ośmiu dniach – pilnowałam jednak, by piła syropek. Po dwóch tygodniach starsza pani usiadła na łóżku, a odwiedzająca ją rodzina robiła zdjęcia. Dziś babunia ma 99 lat i sześć miesięcy! Ma wspaniałą opiekę ze strony rodziny i służb pielęgnacyjnych, które obchodzą się z nią jak z jajeczkiem. Do tego zajmuję się nią lekarz i ja na zmianę z koleżanką.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

OD REDAKCJI:

W firmie CareWork chcielibyśmy opowiedzieć nieco więcej o ludziach, dzięki którym możemy realizować usługi opiekuńcze w Niemczech – o naszych opiekunach.

O tym, jak naprawdę wygląda ta praca, jakie są jej blaski i cienie najlepiej mogą opowiedzieć ci, którzy pracują w Niemczech – nasi opiekunowie. Dlatego chcemy oddać im głos i stąd pomysł na serię wywiadów z opiekunami CareWork.

Mamy nadzieję, że historie naszych opiekunów, ich doświadczenia i przeżycia pomogą osobom, które niedawno zaczęły pracę w opiece albo zainspirują tych, którzy rozważają podjęcie pracy jako opiekun osób starszych w Niemczech.

Zapraszamy do lektury następnych wywiadów, które pojawia się w zakładce „Historie prawdziwe”!

© 2015-2019 Praca w opiece w Niemczech od zaraz – CareWork