Nasza kolejna bohaterka pochodzi z północno-wschodniej części Polski, a dokładniej z Braniewa. Jest to niespełna 18-to tysięczna miejscowość położona 6 kilometrów od granicy Unii Europejskiej z Rosją. Miasto należy do najstarszych w naszym kraju i przez lata nazywano je Atenami Północy. Dlaczego lata temu Pani Anna Hnatyszyn postanowiła co jakiś czas opuszczać ten piękny i malowniczy zakątek Polski? Do celu, który obiera sobie kilka razy w roku musi jechać blisko dwadzieścia godzin autokarem.

Kilkumiesięczna rozłąka z mężem, dziećmi i wnukami sprawia, że z podwójną radością wraca w wymarzone, ukochane miejsce. Miejsce, które jest dziś jej wielkim powodem do dumy, ale którego nie byłoby, gdyby nie pierwszy wyjazd do Niemiec w 2006 roku. Od tego czasu Pani Anna pracowała w ponad 20 stellach za naszą zachodnią granicą.

Anna Hnatyszyn - opiekunka w NiemczechJakie obawy towarzyszyły Pani, gdy po raz pierwszy pojechała Pani do Niemiec?

Absolutnie nie znałam języka niemieckiego. Mój małżonek pracował kilka lat w Niemczech i przed wyjazdem nauczył mnie kilku słów, które zapisałam w zeszycie. Naprawdę nie dużo wiedziałam. Języka niemieckiego nauczyłam się przez kontakt z podopiecznymi i ich rodzinami. Dziś zdziwieni Niemcy pytają mnie skąd tak dobrze znam ich język. Zdaję sobie sprawę, że nie do końca mówię poprawnie gramatycznie, choć wiem, że nie zdarza mi się powiedzieć Kali jeść, Kali pić. Do dziś proszę, by poprawiano mnie, jeśli popełniam jakieś błędy językowe. Wizyta w sklepie, czy z podopiecznym u lekarza nie sprawia mi żadnych problemów językowych. Dziś nie odczuwam już tremy, gdy otwiera się nowa Stella.

Z kolei praktykę posiadałam jeszcze z czasów pracy w opiece społecznej w Polsce. Przez lata odwiedzałam osoby starsze i rodziny wielodzietne sprawdzając warunki w jakich żyją, ich finanse itp. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia rzeczywistość diametralnie się zmieniła. Straciłam pracę, a jako kobieta po czterdziestce nie potrafiłam znaleźć zatrudnienia nawet w sklepie. Wszyscy woleli dać etat dwudziestoparolatkom, choć nie miały żadnego doświadczenia. Opiekowałam się także moją chorującą przez trzy lata mamą. Doświadczenie w opiece nad starszymi osobami, więc posiadałam. Zanim jednak trafiłam w 2006 roku do Niemiec, jeździłam z mężem po całej Europie i zarabialiśmy pieniądze pracując fizycznie. W Szwecji zbieraliśmy runo leśne, we Włoszech zatrudniliśmy się na plantacji tytoniu. Szukaliśmy pracy zagranicą, bo w Polsce byliśmy bezrobotni, a mieszkanie i opłaty musiały być opłacone w terminie. Było nam bardzo trudno, ale nigdy nie popadliśmy w żadne długi. Jako opiekunka osób starszych wyjechałam do Niemiec w 2006 roku. Początkowo pracowałam na czarno.

Nie trwało to jednak długo?

Nie. Moja kuzynka opowiedziała mi o polsko-niemieckiej firmie GKT Serwis (obecnie CareWork – przyp. red.), która daje możliwość legalnego zatrudnienia. Dziś po dziesięciu latach współpracy jestem bardzo zadowolona. Przez ten czas nie miałam żadnych problemów i dlatego bardzo wielu osobom polecałam przyjęcie się do mojej firmy. O zaletach legalnego zatrudnienia opowiadam innym podczas jazdy autobusem do Niemiec. Panie jadące do pracy na czarno początkowo nie wierzą mi, że otrzymuję takie samo wynagrodzenie od firmy. Są przekonane, że prowizja jest tak wysoka, że opiekunka dostaje jedynie małą część podstawowej kwoty. Tłumaczę więc, że moja zapłata jest taka jak powinna, a co pobiera firma już mnie nie interesuje. Zaletą legalnego zatrudnienia jest to, że zawsze, gdy mam problem mogę liczyć na pomoc. Nie jestem pozostawiona sama sobie. Dzwonię do koordynatora, a ten mi pomaga.

Prawdą jest, że jeżeli dojdzie do jakiegokolwiek niedopełnienia warunków ze strony niemieckiej mogą Państwo np. zmienić miejsce pracy? Ma to miejsce chociażby, gdy stan podopiecznego nie jest taki, jak w opisie lub miejsce zamieszkania i warunki nie odpowiadają przesłanym do Polski informacjom?

Tak, to prawda. Mamy też zagwarantowaną opiekę zdrowotną.

Z jakimi problemami musi się Pani czasami zmierzyć?

Niestety czasami rodzina wymaga więcej niż przewiduje sam kontrakt. Wtedy jednak – zawsze spokojnie i bez pretensji mówię, co wchodzi w zakres moich obowiązków. W Niemczech panuje zasada, że nikt niczego za darmo nie zrobi i do tej zasady również się stosuję. Pielęgniarka, która zmienia choremu opatrunek, robi zastrzyki jest każdorazowo opłacana. Opiekunki powinny wyraźnie domagać się tego, co przewiduje kontrakt. Oprócz bezpośredniej opieki nad seniorem – podawania mu posiłków, mycia, towarzyszenia, prowadzimy także dom, robimy zakupy, sprzątamy, pierzemy i gotujemy. Gdyby nasze obowiązki przejął niemiecki pracownik koszt ten wyniósłby 6000 euro.

Przysłowiowo: nie pozwala sobie Pani wejść na głowę…

Tak. Ale zawsze robię to spokojnie, a nie z agresją. Rozmowa bardzo pomaga. Jeżeli podopieczny, jego rodzina nie przestrzegają przysługujących mi wolnych godzin – nie dzwonię od razu do firmy, a tłumaczę, że mam prawo do wolnego czasu. Nie ulegam argumentom: nic nie wiedziałam o wolnych godzinach, a mamy/taty nie wolno pozostawić samej. Proszę pamiętać, że niemiecka strona dostaje takim sam egzemplarz umowy, jak polska strona. Kiedyś usłyszałam od podopiecznej, że siedzę i oglądam z nią telewizję, czyli nic nie robię. Odpowiedziałam, że na tym polega mój podstawowy obowiązek: towarzyszenia jej. Nie jest fizyczną możliwością cały czas pracować. Tłumaczę też, że w wolnym czasie mam prawo robić co zechcę. Pewnego razu koleżanka zapytała mnie jak jestem w stanie pracować kolejny już miesiąc w Stelli, gdzie ona zawsze była potwornie zmęczona i chodziła ciągle głodna. Powiedziałam jej, że nigdy nie miałam tego typu problemów, a jeśli były takie zakusy podopiecznego – zaraz wyjaśniałam je. Zawsze jestem w stanie wywalczyć swe prawa, co tłumaczę swoim czasami zapłakanym zmienniczkom. Nie można dać się wykorzystywać.

A jak spędza Pani wolny czas?

Nigdy nie spędzam go w mieście. W czasie wolnym muszę się dotlenić, odpocząć psychicznie. Bardzo dużo spaceruję. Lubię też jeździć na rowerze. Kocham naturę i lubię wieś. Jeśli to możliwe – najchętniej uciekam na jej łono.

Pamięta Pani swój pierwszy wyjazd?

Tak. Zapewniano mnie, że podopieczna jest bardzo miła. Jadąc jednak do pracy autokarem z Polski cały czas modliłam się, żeby faktycznie tak było. Później zwierzyłam się podopiecznej Marii ze swoich wcześniejszych obaw, na co ona odpowiedziała mi, że bała się tak samo jak ja cały czas powtarzając sobie Boże dopomóż mi! Okazało się, że wszystko potoczyło się dobrze. Rodzina chwaliła mnie, że ich mama się wyciszyła, nie dzwoni już i nie płacze, nie skarży się na opiekunkę i że jest źle. Bardzo miło słyszeć takie słowa. Jest to jednak wynik tego, że każdą czynność przy podopiecznym robiłam spokojnie, dokładnie, powoli. Podopiecznym, którzy nie słyszą powtarzam zdania po kilka razy. Nie irytuję się i nie macham ręką, gdy za drugim razem nie zrozumieją lub nie usłyszą co do nich mówię. To są przecież chorzy ludzie, a ja jestem po to by im pomóc. Człowiek starszy, chory nie znosi hałasu, krzyku, irytacji – boi się wtedy potwornie. Ludzi starszych nie trzeba kochać, ale trzeba ich lubić. Osoba starsza jest jak dziecko – lubi być pochwalona, przytulona, lubi, gdy miło mówi się jej Dobranoc i radośnie Dzień dobry. Myślę, że cierpliwość to moja największa zaleta.

Czy cierpliwości się Pani uczyła, czy posiada ją Pani od zawsze?

Zawsze byłam cierpliwa. Mama urodziła mnie w wieku 40 lat. Miałam dojrzałych rodziców, którzy za szybko ode mnie odeszli. Opiekując się seniorami w Niemczech zawsze wyobrażam sobie, że mogliby to być moi rodzice. Jak czułabym się, gdyby ktoś źle się nimi opiekował, sprawiał im przykrość, ból, krzywdził? Zawsze bardzo mi szkoda moich podopiecznych. Często trzymam ich za rękę, głaszczę po dłoni, czasami przytulę i pocieszę, że będzie dobrze, będzie lepiej… Właśnie za to rodziny mi dziękują, a to motywuje mnie do dalszej pracy. Widzę, że jestem potrzebna.

Ile wyniósł Pani najdłuższy pobyt w Niemczech?

Ponad pięć miesięcy.

Zdarzały się też feralne wyjazdy? Kontakty, które kończyła Pani bardzo szybko?

Tak. Trafiłam raz do pani, którą opiekował się także jej mąż. Atmosfera była tak tragiczna, że zrezygnowałam po miesiącu. W innej Stelli wytrzymałam jeden dzień – trafiłam do domu osoby chorej psychicznie, ale mimo wcześniejszego doświadczenia w pracy z takimi osobami – nie dałam rady. Ale to jedynie dwa przypadki. Z reguły prosiłam o przedłużenie pobytu, czasami w miejscach, w których niewiele osób chciało pracować. Miałam też bardzo stresujące momenty… kiedyś opiekowałam się małżeństwem, w którym żona była poważnie niedosłysząca i jeżdżąca na wózku inwalidzkim, z kolei pan był całkowicie mobilny. Niejednokrotnie chcąc wykorzystać fakt, że żona nie słyszy składał mi w kuchni niesmaczne propozycje. Szybko jednak ukróciłam jego pomysły grożąc, że o wszystkim opowiem małżonce! Trafiłam też do starszego pana, który miesiąc wcześniej owdowiał i chorował na demencję. Widząc mnie myślał, że jestem jego nową partnerką do życia. Ubolewał nad tym, że ma taką ładną sypialnię, takie piękne łoże, a ja śpię w innym pokoju, chciał mi się oświadczyć i wciąż powtarzał Och gdybyś była wolna, gdybyś była wolna… W Niemczech jest bardzo wiele osób chorych na demencję.

Trafia Pani do dużych aglomeracji, czy znajduje Pani zatrudnienie także w miasteczkach i na wsi?

Różnie. Dwa pobyty spędziłam na wsi. Pracowałam także w Monachium, Stuttgarcie, czy Dortmundzie. Najbardziej odpowiadają mi małe miejscowości  i do takich z reguły trafiam.

Czy gotuje Pani podopiecznym polskie potrawy?

Kuchnia niemiecka jest zupełnie inna od polskiej. Nigdy nie wprowadzam polskiej kuchni, jeśli podopieczni sobie tego nie życzą. Gotuję znane, niemieckie dania. Kiedyś z inną opiekunką, która została sama na święta, a którą zaprosiła do domu moja seniorka, przygotowałyśmy polską Wigilię. Na prośbę ugotowałam kiedyś zupę ogórkową, która nie jest znana w Niemczech. Smakowała, ale na pytanie, czy mam ją jeszcze raz przyrządzić starsza pani powiedziała, że może niekoniecznie. Innym razem na prośbę córki podopiecznej ulepiłam pierogi ruskie. Pochwaliła, ale powtórki z gotowania nie było. Niemcy komplementują obiady, ale czy mówią prawdę? Natomiast wiele niemieckich potraw przenoszę do swojego domu: Kaiserschmarrn – omlet cesarski z jabłkami, który ma rodowód bardziej austriacki niż niemiecki; Brotschen a’la pizza [bułeczki] oraz wspaniałe, przepyszne Flamenkuchen –  tarta na bazie ciasta chlebowego z cebulą, ciętym boczkiem i śmietaną! Moja rodzina chętnie spróbuje, ale nie odnosi się do tych dań z zachwytem.

Czy rozłąka jest dla Pani i Pani rodziny nadal trudna?

Dziś lubię wyjeżdżać. Po pierwsze mam satysfakcję finansową, podopieczni i ich rodziny są wdzięczni za moją opiekę, a i radość z przyjazdu do domu smakuje podwójnie. Pamiętam jednak swój pierwszy rok w Niemczech. Kontrakt wypadł mi w święta Bożego Narodzenia. Dzwonię do domu, a z drugiej strony słuchawki mąż, córka, syn składając mi życzenia płaczą. Na co mówię: To ja powinnam płakać! Jesteście razem, a ja jestem sama. W święta było mi szczególnie ciężko. Początki były tragiczne….. tęsknota…. Dziś moja córka pracuje w Irlandii, syn mieszka niedaleko naszego domu, więc odwiedza męża, a ja cieszę z całego serca na każdy powrót do domu! Mogę też liczyć na męża, który opłaca wszystkie rachunki w terminie, dogląda domu. Co prawda mój mąż jest na bakier z gotowaniem, ale zostawiam mu przed wyjazdem lodówkę i zamrażarkę pełną obiadów.

A czy w Niemczech także przeżywa Pani także chwile radości?

Podopieczni i ich rodziny traktują mnie bardzo dobrze, serdecznie. Pewna pani z Ulm – bardzo kochany człowiek, matka czwórki dzieci, z którymi miała bardzo dobre relacje, nazywała mnie Moja Perła. Pewnego dnia  przewróciła się i złamała endoprotezę. Po operacji cała rodzina zgromadziła się, by przywitać mamę, babcię, teściową. Seniorka witała się ze wszystkimi po kolei, ale największą radość okazała widząc mnie i radośnie mówiąc Moja Perła! Łzy leciały mi jak grochy po policzkach… Niestety pani była już po 90-ce i po zabiegu wymagała całodobowej opieki medycznej. Ze szpitala trafiła więc do domu starców. Przez pierwszy miesiąc, na życzenie rodziny towarzyszyłam starszej pani, która była już niedosłysząca i niedowidząca, by oswoiła się z nowym otoczeniem. Oprócz tego dzieci cały czas na zmianę odwiedzały seniorkę. Nie zapomnę momentu, gdy cała rodzina płacząc żegnała mnie. Było to cztery lata temu, a ja do tej pory dostaję od nich życzenia urodzinowe. Utrzymuję też kontakty mailowe z innymi rodzinami.

Opiekowała się także panią, która wcześniej miała opiekunkę z Litwy. Po przyjeździe na miejsce usłyszałam od jej córki, że to nie potrwa już chyba długo…  Starsza pani była osowiała, nic nie robiła, nie przyjmowała leków…. od pierwszego dnia zajęłam się nią robiąc posiłki, proszkując leki, które później podawałam i po kilku dniach pani zaczęła odzyskiwać  siły. Okazało się, że Litwinka potrafiła przez cały dzień podać jej jedynie kromkę suchego chleba i zostawić na kilka godzin samą… Cierpliwość i ciepło sprawiły, że pani zmieniła się nie do poznania. Mówiła mi – wtedy swoim już słabym po licznych wylewach głosem: Jesteś taka kochana. Jej córki mówiły mi, że sfrunęłam z nieba jak anioł. Do dziś na wspomnienie starszej pani mam łzy w oczach.

Jakie marzenia spełniła Pani dzięki pieniądzom zarobionym w Niemczech?

Nigdy nie chciałam mieszkać w bloku. Po latach zrealizowałam swoje marzenie o posiadaniu własnego domu poza miastem. Mam działkę, a na niej kwiaty, warzywa i owoce oraz ciszę i spokój. Kwiaty to moje prawdziwe hobby. Mieszkam w domu od czterech lat. Zawsze, gdy do niego wracam wiem, że bardzo się napracuję, ale uwielbiam ten rodzaj zmęczenia. W swoim  domu, w swoim ogrodzie jestem naprawdę szczęśliwa! Z domu widzę las i granicę z Rosją, która  jest zaledwie dwa kilometry dalej. Czas w domu bardzo szybko mi biegnie, a tu trzeba znowu wracać do Niemiec, do pracy. Ale jeszcze trochę…

Zdradźmy, że w przededniu naszego wywiad zrywała Pani właśnie czarną porzeczkę. Zatem robienie przetworów to także Pani pasja?

Tak. Właśnie dzisiaj robimy z tej porzeczki sok, bo dżemy mamy jeszcze z ubiegłego roku, poza tym większą część roku spędzam w Niemczech… a z kolei sok to wspaniała sprawa! Jesienią i zimą nalewam sobie lampkę takiego soku i popijając zachwycam się: Takie wspaniałe „winko”! Tyle witamin!

Bardzo dziękuję Pani za rozmowę.

Od redakcji:

Grupa CareWork w tym roku obchodzi jubileusz 10 lat działalności na rynku. Z tej okazji chcielibyśmy opowiedzieć nieco więcej o ludziach, dzięki którym możemy realizować usługi opiekuńcze w Niemczech – o naszych opiekunach.

O tym, jak naprawdę wygląda ta praca, jakie są jej blaski i cienie najlepiej mogą opowiedzieć ci, którzy pracują w Niemczech – nasi opiekunowie. Dlatego chcemy oddać im głos i stąd pomysł na serię wywiadów z opiekunami CareWork.

Mamy nadzieję, że historie naszych opiekunów, ich doświadczenia i przeżycia pomogą osobom, które niedawno zaczęły pracę w opiece albo zainspirują tych, którzy rozważają podjęcie pracy jako opiekun osób starszych w Niemczech.

Zapraszamy do lektury następnych wywiadów, które pojawia się w zakładce „Historie prawdziwe”!

 

 

 

 

 

© 2015-2019 Praca w opiece w Niemczech od zaraz – CareWork