Marianna Gil opiekunka CareWork

Pani Marianna Gil

Niezbędne cechy opiekunki: cierpliwość i dobroć. Nie można: myśleć tylko o zarobku i nadużywać alkoholu, bo to krok do nerwicy i wypracowania sobie fatalnej opinii. 70-letnia Marianna Gil, jako opiekunka osób starszych pracuje w Niemczech od 2007 roku.

Co stało za Pani decyzją o wyjeździe do pracy w Niemczech?

W 2003 roku przeszłam na emeryturę. Urodził się mój wnuczek. Po czterech latach był już odchowany i bardzo chciałam gdzieś wyjechać. Chciałam trochę zarobić, by zmienić eternitowy dach w domu, wprowadzić nowe meble. Ciągnęło mnie również, by pomagać innym ludziom. Chciałam poczuć się bezpiecznie, że jeszcze mogę coś zrobić dobrego dla innego człowieka. Wiadomo – rodzina jest najważniejsza, ale gdy przestałam pracować zaczęło mi czegoś brakować. Zdecydowałam się na wyjazd, bo chciałam sprawdzić, czy jestem jeszcze zdolna do pracy.

Do pracy opiekunki w Niemczech potrzebna jest znajomość języka?

Niemieckiego uczyłam się w szkole średniej, także nie pamiętałam za wiele. Ponownie zaczęłam się go uczyć na emeryturze. W kuchni porozwieszałam kartki ze słowami oraz zwrotami i gotując starałam się coś zapamiętać.

Nie uczęszczała Pani na żaden kurs?

Zapisałam się do szkoły językowej, ale była to już 20-ta lekcja kursu. Miałam przez tydzień przerobić zaległy materiał. Nie przyjęłam tego. Nie mogłam nadążyć i musiałam zrezygnować.

Czym zawodowo zajmowała się Pani w Polsce?

Byłam główną księgową w remontowo-budowlanej spółdzielni. Na emeryturze chciałam być dalej aktywna, a jednocześnie powiększać dobro.

Czy przed 2007 rokiem opiekowała się Pani seniorami?

Wychowałam trójkę swoich dzieci. Osobami starszymi opiekowałam się mieszkając jeszcze ze swoimi rodzicami. Pomagałam przy dziadziusiu i przy babci. Gdy założyłam rodzinę, miałam sąsiadkę, która potrzebowała pomocy, więc często coś dla niej robiłam. Po przeprowadzce jedynie ją odwiedzałam, bo miała już kogoś innego do opieki.

Jak Pani rodzina zareagowała na informację, że wyjeżdża Pani do pracy w Niemczech?

Córki były już wtedy zamężne, a mąż bardzo kocha nasze dzieci i wiedział, że pieniądze nam się przydadzą. Kazał mi więc wyjechać. Do tego potrafił sobie ugotować to, na co ma apetyt…

Nie obawiała się Pani wyjazdu zagranicę?

Obawiałam się. Gdy przekroczyłam polsko-niemiecką granicę, to zacałowałabym naszą ziemię, by na niej zostać. Tłumaczyłam sobie jednak: księżyc jeden, słońce jedno, ziemia jedna. Zastanawiałam się także, po co Bogu tyle ludzi? Z tydzień trwała we mnie ta walka. Po czym zrozumiałam, że jeśli miałoby nas być mniej to musiałabym pierwsza umrzeć. I wszystko mi się unormowało, bo ja chciałam żyć.

Czy często zmieniała Pani podopiecznego w Niemczech?

W jednej rodzinie byłam dziesięć lat. Opiekowałam się panią po wylewie, która miała tendencje do zapominania, więc nie nauczyłam się od niej wiele niemieckiego. Do tego była to Bawaria, więc gdy zeszła się rodzina i znajomi i zaczęli mówić po bawarsku – nie rozumiałam już nic, choć do mnie zwracano się w języku literackim. Dużo także jeździłam z panią wózkiem na spacery. Zabierałam zapisane niemieckimi słowami karteczki i czytałam podczas przechadzek.

Czy może nam Pani opowiedzieć coś o swojej podopiecznej i jej rodzinie?

To była rodzina, która posiadała bardzo duży zakład stolarski, w którym zatrudnionych było 70 osób. Trzej synowie odziedziczyli firmę po ojcu. Gdy po raz pierwszy do nich trafiłam starszy pan jeszcze żył. Opiekowałam się nim jednak trzy tygodnie i zmarł. Była to ciężka praca, bo trzeba było go umyć, co drugi dzień wyszykować na dializę, ugotować jedzenie. Pani chodziła, ale różnie z nią bywało. Po śmierci pana rodzina zdecydowała, żebym została przy opiece jego małżonki. Moje zmienniczki były różne i pani ich nie chciała, mówiąc, że chce bym to ja przyjeżdżała. Musiałam jednak czasami odpocząć i przyjechać do rodziny w Polsce. Wtedy też pani trafiała do domu opieki lub decydowała się na zmienniczkę z naszej firmy. Miała jednak trudny charakter. Przywykłam do tego i tolerowałam jej zachowanie, bo wiedziałam, że jest osobą chorą. Po tylu latach wiemy już, co dana osoba lubi, czego nie. Po dziesięciu latach pani trafiła do domu opieki, bo była już osobą całkowicie leżącą.

Co poza barierą językową sprawiało Pani jeszcze trudność w Bawarii? Czego musiała się Pani nauczyć?

Nauczyłam się rozplanowywać leki. Z myciem nie było problemów, bo pan podczas kąpieli siedział na wózku. Pani była początkowo sprawna, gdy jednak przebywała już tylko w łóżku zaczęła przychodzić do niej pielęgniarka i pomagała mi w myciu. Aby przenieść osobę z łóżka na wózek i odwrotnie pomagałam sobie wiążąc paski wokół łóżka, za które podopieczny mógł się złapać i podciągnąć.

Czy przypomina sobie Pani momenty zabawne, optymistyczne?

W związku z tym, że rodzinna firma stolarska była duża, odbywały się często spotkania gościnne. Często byliśmy też zapraszani. Podczas świąt otrzymywałam prezenty. Przygotowywałam przyjęcia, które koordynowała synowa. Zresztą synowie i córka z rodzinami bardzo często odwiedzali swoją mamę. Mogłam też liczyć na ich pomoc w cięższych pracach. Co było dla mnie przyjemnością? Jeździłyśmy też do kościoła na mszę świętą, na różaniec i dzięki temu nauczyłam się szybko odmawiać „Zdrowaś Mario”. Nauka „Ojcze nasz” trwała dłużej i pozostało mi jeszcze „Wierzę w Boga” – ale wykułam i już nie miałam problemu. Po powrocie do domu mówię pacierz przy mężu po niemiecku, a on z radością pyta: Czy ty Polka czy ty Niemka?

A jak radziła sobie Pani z rozłąką z bliskimi? Jak Państwo się kontaktowaliście? Przez telefon, przez Internet?

Internet miałam do momentu, gdy wnuczka pani nie wyjechała na studia. Później laptopa już nie woziłam. Miałam też komórkę, ale z telefonu stacjonarnego, którego opłata wynosiła 5 euro na miesiąc mogłam dowolnie rozmawiać, bez dodatkowych kosztów. Dwa miesiące pracy znosiłam dobrze, ale trzeci był już trudny. Miałam już tęsknoty, ale wtedy przypominałam sobie, że za niedługo jadę do domu i trzeba by kupić coś dzieciom. Pięcioro wnuków czekało na babcię z nadzieją, że coś im skapnie.

Czyli umilała sobie Pani wolny czas zakupami?

Nie chodziłam wiele, bo mam problemy z kolanami. W czasie dwóch godzin, które codziennie mi przysługują, babcia robiła sobie popołudniową drzemkę na leżance w kuchni, a ja prostowałam nogi w salonie. Trochę obciąża mnie moje nieakuratne zdrowie.

Czy problemy zdrowotne nie przeszkodzą Pani w powrocie do pracy?

Jestem po operacji, ale naprzykrzyło mi się już bycie w domu. Chciałabym wrócić do pracy. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej i za niedługo wyjadę. Na razie dłuższe dystanse pokonuję z laską.

Co pysznego do jedzenia przygotowywała Pani swojej podopiecznej?

Gotowałam różnie. Śniadania także urozmaicałam – różne pieczywo, pasty z twarogu, niesłodki placek drożdżowy. Gotowałam nawet zupę mleczną z ryżem. Pani nie jadła wciąż tego samego. Na obiad była zawsze zupa i drugie danie. Gotowałam rosół, zupy jarzynowe, kremy, które lubiła, zupę owocową z grzankami. Bardzo smakowały jej Puffer Kartoffeln – placki ziemniaczane.

Gotowała Pani dania polskie, czy niemieckie?

Polskie. Kluski, kopytka, pierogi na serze, makaron z żółtym serem, surówki, jajka faszerowane, sałata, pure. Z mięsem musiałam jednak trafić. Niby je bardzo lubiła, ale musiało być różnorodne – schabiki, piersi z kurczaka, wieprzowe i spaghetti oraz ryby. Zawsze był kompot i herbaty owocowe. Ciast kupowałam mało i raczej piekłam, bo pani jadła mało słodkie rzeczy – miała cukrzycę.

Czy dostrzega Pani różnice w sposobie życia?

Niemcy żyją bardzo oszczędnie. Nie stosują też luksusów. Owszem zapraszają się, goszczą u siebie, ale np. Wigilia jest bardzo skromna. Na pewno nie są rozrzutnym narodem. Mają jednak lepsze samochody i drogi.

Przed wyjazdem do Niemiec miała Pani wewnętrzną potrzebę pomagania innym. Czy to oznacza, że praca opiekunki jest Pani powołaniem?

Byłam wychowywana w domu rodzinnym nie tylko z rodzicami, ale i dziadkami. Babcia była bardzo wyczulona na zachowanie wobec osób starszych. Wpajała mi szacunek i miłość do nich. Tłumaczyła mi, że zawsze trzeba im pomagać, bo są w trudnej sytuacji. Do tego uczyła mnie 10 przykazań bożych i mówiła „Każdego człowieka uszanuj”. I tak jakoś zostało. Do tego doszła chęć, że jeszcze sobie trochę zaskarbię na niebo, jeśli będę się kimś opiekować. Przy tym są pieniądze, które wiadomo przy trójce dzieci się przydają. Co prawda dobrze się uczyły i miały stypendium, ale mimo wszystko potrzebowaliśmy pieniędzy, by np. spłacić kredyt studencki jednej z córek, by opłacić wesela córek.

Jakie jeszcze plany zrealizowała Pani dzięki zarobionym pieniądzom?

Wyremontowałam dach, ociepliłam dom, przebudowałam garaż robiąc nad nim mieszkanko, założyłam okna w dachu…

A dla siebie co Pani zrobiła?

Jedna z córek budowała dom, więc się dołożyłam, drugiej dopłaciliśmy do kupna mieszkania, trzeciej do auta. Założyłam na podwórku kostkę i się zestarzałam – śmieje się Pani Marianna. Wszyscy są jednakowo kochani i wszystkim trzeba jednakowo pomóc. Żeby nie dokuczały mi kolana to może uda się zarobić na gaz, który chcę zamontować w domu, żeby nie palić już węglem.

Dziękuję za rozmowę.

OD REDAKCJI:

W firmie CareWork chcielibyśmy opowiedzieć nieco więcej o ludziach, dzięki którym możemy realizować usługi opiekuńcze w Niemczech – o naszych opiekunach.
O tym, jak naprawdę wygląda ta praca, jakie są jej blaski i cienie najlepiej mogą opowiedzieć ci, którzy pracują w Niemczech – nasi opiekunowie. Dlatego chcemy oddać im głos i stąd pomysł na serię wywiadów z opiekunami CareWork.
Mamy nadzieję, że historie naszych opiekunów, ich doświadczenia i przeżycia pomogą osobom, które niedawno zaczęły pracę w opiece albo zainspirują tych, którzy rozważają podjęcie pracy jako opiekun osób starszych w Niemczech.
Zapraszamy do lektury następnych wywiadów, które pojawia się w zakładce „Historie prawdziwe”!

© 2015-2018 Praca w opiece w Niemczech od zaraz – CareWork